13 maja 2017

Część ósma

Kiedy Nellie w końcu się uspokoiła, nie chciała niczego wyjaśniać. Długo siedzieli na zakurzonym krawężniku, w ogóle się do siebie nie odzywając. Jem obserwował przechodzących ulicą ludzi, a Nellie intensywnie nad czymś myślała. Kilka razy prawie już zrywała się na równe nogi albo otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale rezygnowała w połowie i siadała z powrotem, wzdychając przy tym ciężko.
— Jezu, przecież nie będę jej wiecznie pilnować — odezwała się w końcu, jednak Jem nie był pewien, czy mówiła do niego. Wstała, tym razem nie wahając się, i zaczęła energicznie otrzepywać spódnicę. — Chodź — zarządziła i po chwili ruszyli przed siebie.
Chwilę później Nellie, która ledwie co odzyskała rezon, straciła go po raz drugi w ciągu godziny, ponieważ dowiedziała się, że odkąd spotkanie z kręcącą się po okolicy Kate wybiło ją z rytmu, zdążył się odbyć jej bieg. Na domiar złego okazało się, że Citty Macfarland jednak wzięła w nim udział mimo zbliżającej się wielkimi krokami daty ślubu z Groverem Holmanem i, jakby tego było mało, jeszcze wygrała.
Nellie była zła. Upał i ogólne zamieszanie, do tej pory zupełnie jej nieprzeszkadzające, nagle stały się największym utrapieniem i Jem tylko czekał na moment, w którym przed oczami znowu mignie im biała sukienka Kate Morgan.
Miał pytania, ale powstrzymywał się od ich zadawania. Szczerze wątpił, czy Nellie w ogóle zdawała sobie sprawę z tego, że odkąd spotkali Kate, prawie w ogóle się nie odezwał — taki był zaskoczony, onieśmielony i zakłopotany. Kate zbiła z tropu ich oboje, tyle, że o ile z Nellie stało się coś dziwnego i niezrozumiałego, o tyle z Jemem sprawa miała się banalnie wręcz prosto.
Coś przewróciło mu się w głowie, kiedy ją zobaczył. W pierwszej chwili pomyślał, że to od słońca — Smokey już zdążył nagadać mu za chodzenie z gołą głową i wcisnąć swój kapelusz, a za pierwszą wypłatę kazać kupić własny, ale… Nie o to chodziło. W Deadwood było wiele dziewczyn, które podobały się jemu, i którym podobał się on, tyle, że tam zawsze myślał tylko o matce i siostrach, powtarzając sobie, że nie miał czasu na głupoty. Nie zmyślał wtedy: naprawdę nie miał ani czasu, ani siły, żeby zaprzątać sobie nimi głowę i tak mu przeleciało dwadzieścia lat, prawie jak jeden dzień, a kiedy wreszcie się ocknął, matka (ta sama, która niczego nie potrafiła już zrobić dobrze i poddawała się, zanim chociaż zaczęła), szturchała go w ramię, kiedy przysypiał na siedząco i mówiła, że tak by dobrze było, gdyby spojrzał częściej na Bogu ducha winną Hester Adamson, dla której zupełnie się nie nadawał i...
I zobaczył. Zobaczył Kate Morgan, jej białą sukienkę, jasne włosy spływające na blade ramiona, okrągłą twarz w cieniu białego kapelusza z szerokim rondem, duże, niebieskie, zmęczone oczy, delikatny uśmiech, zagubiony na pełnych ustach; zobaczył ją całą i miał wrażenie, jakby to, co do tej pory znał tylko z opowiadań, że tak być powinno i każdego w końcu dopadało, z całą siłą zwaliło mu się na głowę, robiąc przy tym więcej huku, niż waląca się w kopalni ściana.

***

Minęło trochę czasu, zanim Nellie odzyskała choć część dobrego humoru i przestała rozglądać się bez przerwy za Kate,  jakby się jej obawiała.
Odnaleźli się z powrotem z Maud i Smokeyem, którzy w międzyczasie skoczyli sobie na szklaneczkę czegoś mocniejszego, co wprawiło ich w bardzo dobre nastroje. Nellie przez chwilę wyglądała tak, jakby miała ochotę zgarnąć Maud na bok i udzielić jej reprymendy, ale nie za popijanie w środku dnia. Jem postanowił więc zareagować i dyskretnie pociągnął Nellie za ramię, zanim zdążyłaby pokłócić się z wesolutką Maud.
Zawody na głównej ulicy powoli dobiegały na dziś końca, a tłum przerzedzał się — wszyscy zainteresowani zaczynali przenosić się na boisko za miejscową szkołą, gdzie miał odbyć się wyczekiwany mecz między Tonopah i Goldfield.
Jem, który kompletnie nie znał się na bejsbolu i nigdy specjalnie się nim nie interesował, dał się namówić na obejrzenie meczu. Zanim jednak ruszyli w stronę boiska, zatrzymał się jeszcze przy straganie z jedzeniem, gdzie kupił kolorowy rożek prażonej kukurydzy, żeby mieć czym zapchać usta Nellie, zanim znowu wpadłaby na pomysł rozmówienia się z Maud. 
Zanim odszedł od straganu, usłyszał głos stojącego nieopodal eleganckiego mężczyzny w jasnej marynarce:
— Wyścig koni będzie jutro?
— Nie będzie w tym roku w ogóle. W ostatniej chwili zmienili zdanie — odpowiedział mu drugi mężczyzna, noszący ciemną kamizelkę na śnieżnobiałej koszuli. — Mówili, że po zeszłym wolą sobie raz odpuścić. Jutro mają zrobić wyścig grubasów i przeciąganie liny.
Ruch na skrzyżowaniu powoli wracał do normy. Słońce stało już niżej na niebie i nie dokuczało zbytnio, pojawiły się nawet podmuchy lekkiego wiatru, niosące ze sobą wpadający do oczu proch, którym nikt się już się tu nie przejmował.
Smokey prowadził Maud pod ramię, Jem szedł za nimi z Nellie, udobruchaną rożkiem kukurydzy na tyle, na ile było to możliwe. Gdy dotarli na boisko, skończyły się już miejsca siedzące, przystanęli więc na boku razem z innymi.
Obie drużyny zostały powitane okrzykami radości — gospodarzy wspierało głównie Tonopah, po stronie Goldfield entuzjastycznie kibicowali przyjezdni z innych miast. Wszyscy gracze wyglądali jak przypadkowo zgarnięci z ulic i saloonów, grali w tych samych butach, spodniach i koszulach, w których chodzili na co dzień do pracy.
Zaczęło się nieźle — zawodnicy zupełnie nie przejmowali się gorącym słońcem, biegali, rzucali i odbijali piłki jak natchnieni, a kiedy do pierwszej przerwy Tonopah prowadziło trzema punktami, na ławce Goldfield zaczęła się przepychanka między dokazującymi graczami, z których najwyraźniej każdy miał swoje mocno odmiennie od pozostałych zdanie. W niebo poszybował drewniany kij, a zaraz potem, ku uciesze tłumu, zaczęła się bójka, zainicjowana przez niezgadzającego się z łapaczem pałkarza.
Gdy wznowiono grę, ktoś jakby rzucił na drużynę Tonopah zły urok i wszystko zaczęło się sypać. Goldfield nie tylko błyskawicznie odrobiło stratę, ale wypracowało nawet przewagę i, choć mieszkańcy miasta ze wszystkich sił zagrzewali swoją drużynę do walki, nie dało się już uratować wyniku — chłopaki z Goldfield pokazali Tonopah klasę i po prawie dwugodzinnej grze wygrali trzynaście do siedmiu, odwracając wynik z poprzedniego roku.
Po skończonym świętowaniu zwycięstwa (i pocieszaniu po przegranej) na boisku, niezmordowane tłumy przeniosły się znowu do miasta — zamożni inwestorzy w białych marynarkach z kieszeniami pełnymi gotówki do przegrania ulokowali się głównie w hotelu Mizpah i przy stołach do gry w karty w saloonie. Niektórzy rozeszli się do domów, wymęczeni upałem i atrakcjami całego dnia, a znakomita większość zgromadziła się w domu miejskim, w którym mieściła się duża sala do tańców, gdzie ekipa grajków już zaczęła wesoło przygrywać.
Jem, który zupełnie nie nadawał się do tańczenia, uprzedził o tym Nellie już w chwili, w której oznajmiła mu, gdzie następnie pójdą, ale zbyła jego słowa śmiechem, mówiąc, że skoro Smokey mógł wywijać z Maud, to z nim też sobie dadzą radę.
Zastanawiał się, czy Nellie nie straci ledwie odzyskanego dobrego humoru w chwili, w której znowu spotka Kate (mówiła przecież, że może tam przyjdzie), znowu jednak postanowił nie pytać, bo ojciec, zanim sobie poszedł, nauczył go, że za głupie pytania można było dostać w ucho. Wiedział, że Nellie nie dałaby mu w ucho, ale po co miał jej niepotrzebnie psuć wieczór.
Atmosfera wielkiego święta wciąż unosiła się w powoli ochładzającym się powietrzu. Zewsząd dochodziły głośne śmiechy, muzyka grała zarówno na piętrze saloonu, parterze hotelu Mizpah i w miejskim domu spotkań.
Jem nie zdążył zbytnio się porozglądać, bo Nellie, mimo jego protestów, zamierzała dopiąć swego i dopięła — przeciągnęła go między wirującymi parami, tak, żeby nie mógł zbyt łatwo uciec, powiedziała i pokazała: tu ręka, tu też ręka, tu mnie trzymaj, jednak noga tak, druga tak, do przodu, w bok, jeszcze raz w bok, świetnie ci idzie!, a teraz do tyłu i od nowa i, chciał czy nie, tańczył, depcząc jej po palcach, czym zupełnie się nie przejmowała. Nieopodal Smokey nie tyle tańczył, co dosłownie tańcował z Maud, jego czerwona twarz z rozanielonym uśmiechem znajdowała się niewiele powyżej jej pełnego biustu, oboje mieli zamaszyste, hojne ruchy i bez przerwy na kogoś wpadali.
Kiedy całą czwórką znaleźli się pod ścianą, łapiąc oddech, Nellie, przeżywająca dziś karuzelę skrajnych emocji, dostała na twarzy wypieków i, dając się ponieść chwili, skomplementowała ozdobioną koronkami bluzkę Maud, która oddala komplement i znowu były przyjaciółkami, zapominając zupełnie o tym, że niedawno posyłały sobie ukradkiem pełne pretensji spojrzenia i pokazywały języki.
— Ludzi wincyj niż w zeszłym roku — skomentował Smokey, przytupując sobie w rytm muzyki.
— Jakbym cię nie znał, to bym nie poznał, takżeś wziął Maud w obroty — podśmiechiwał się z niego Jem.
— Ze mnie się śmiejesz, a sam żeś nie lepszy.
W międzyczasie Maud i Nellie zdążyły sobie znaleźć nowych partnerów do tańca (chętnych nie brakowało) i tupały radośnie po podłodze, zarzucając na wszystkie strony długimi spódnicami. Smokey postał chwilę z Jemem, ale zaraz przypomniał sobie, że dawno nie żuł już tytoniu i, sięgnąwszy pod kamizelkę z urwanym guzikiem, odkrył, że skończyły mu się zapasy. Pośpieszył więc, póki Maud nie patrzyła, na poszukiwania kogoś, kto byłby tak miły, by poratować go w potrzebie.
Ledwo Smokey zniknął, Jem został zaczepiony przez dwie rozchichotane, całkiem ładne dziewczyny, które, zauważywszy, że na ich widok zmieszał się tak bardzo, że nie potrafił odpowiedzieć na ich prostą zaczepkę (zapytały tylko, czy aby już go tu wcześniej kiedyś nie widziały), rozchichotały się jeszcze bardziej i poszły szukać bardziej rozmownego towarzystwa.
Zaczął już myśleć nad tym, żeby spróbować odnaleźć w tłumie Smokeya, który przepadł bez wieści, kiedy kątem oka dostrzegł rąbek białej sukienki i ktoś oparł się o ścianę obok niego.
— Nie nadążasz za Nellie, co? Jak ta dziewczyna tańczy! — odezwała się jak gdyby znali się od lat, a nie od kilku godzin, Kate Morgan, a jej lekko chrapliwy głos był przez chwilę jedynym, co Jem był w stanie usłyszeć, kiedy wokół radośnie grała głośna muzyka.
— Nadążam — odparł po dłuższej chwili, która zdawała się trwać całe wieki. Kate przez cały czas uśmiechała się radośnie i przechylała głowę w jego stronę, choć robił wszystko, żeby nie spojrzeć jej w oczy, bo wiedział, że wtedy będzie już po nim. — Jakoś znowu tak nie tańczę po prostu.
Zaśmiała się, choć nie powiedział nic śmiesznego. Odważył się zerknąć w jej stronę i zobaczył, że zdjęła biały kapelusz, po którego rondzie przebiegała teraz bezwiednie palcami.
— Też nie tańczę. Ale lubię przyjść i popatrzeć — przyznała, obrzucając rozmarzonym spojrzeniem wirujących w tańcu ludzi. — Jak ci się podoba w Tonopah? Jesteś tu już od miesiąca, prawda? — zapytała nagle.
— Całkiem podoba — przyznał, zgodnie z prawdą, Jem. — Inaczej niż w domu, ale lepiej niż gorzej.
— Och — odparła. — Mnie też się całkiem podobało, kiedy tu przyjechałam…  urwała, bo w tej samej chwili muzyka ustała na chwilę i prawie natychmiast pojawiła się przy nich zdyszana Nellie, a zaraz za nią roześmiana od ucha do ucha Maud.
Obie przystanęły i spojrzały na Kate, stojącą tak blisko Jema, że prawie dotykali się łokciami, choć wokół było jeszcze całkiem sporo miejsca. Na twarzy Nellie malowała się mieszanka zdziwienia i irytacji, słabo skrywana pod wymuszonym uśmiechem. Maud, nie wiedzieć czemu, zakryła usta dłonią i, powstrzymując się od chichotu, zawołała cicho: Oj!
— Kate! Uroczy wieczór, prawda? — zapytała Nellie, znalazłszy się prędko obok kompletnie zdezorientowanego Jema. — Zmęczyłam się okrutnie — westchnęła głośno, wieszając się mu na ramieniu.
— Uroczy — przytaknęła Kate.
Obie przez chwilę mierzyły się tak serdecznymi, że aż bolesnymi spojrzeniami i nie wiadomo, jakby się to rozwinęło, gdyby niespodziewanie nie pojawił się przy nich Smokey.
— Wszystkie moje śliczne panie! — zawołał na widok swoich towarzyszy. — Ty nie — dodał, patrząc na Jema, ciągniętego w dół przez wciąż uwieszoną na nim Nellie, która ściskała jego ramię tak mocno, jakby w ten sposób oznaczała swoje terytorium. — Maud! — jęknął z błogim uśmiechem, nawet nie starając się ukrywać, że łyknął sobie czegoś mocniejszego, gdy wyprawił się po tytoń.
— Ty stary zachlajmordo — westchnęła z uczuciem Maud. — Biorę cię spać. — Przygarnęła go do siebie. — To my już sobie pójdziemy — oznajmiła. — Cześć, Kate. Trzymaj się, Nellie. Nie zgub się, Jem. Do zobaczenia — pożegnała się szybko i opuściła ich, ciągnąc za sobą rozkosznego Smokeya.
— My też już pójdziemy — zadecydowała szybko Nellie.  Kate, powinnaś iść z nami. Jem nas odprowadzi, prawda, Jem?
Kate zmarszczyła na chwilę brwi, a jej niebieskie oczy świdrowały Nellie natarczywym spojrzeniem.
— Uroczy wieczór — powtórzyła bez sensu rozmarzonym głosem, rozglądając się ostatni raz po jasno oświetlonym, dusznym i zatłoczonym pomieszczeniu. — Dobrze. Chodźmy.
Opuścili zabawę, a dźwięki skocznej muzyki towarzyszyły im, kiedy szli główną ulicą miasta w pogodną, świeżą, usianą gwiazdami noc. Nellie i Kate nie odzywały się do siebie przez całą drogę, Jem nie miał dość odwagi, żeby coś powiedzieć. W milczeniu dotarli do pogrążonego w kompletnej ciszy Sundownera.
Pożegnali się przy głównym wejściu. Kate weszła do hotelu pierwsza, zatrzymała się w progu i pomachała Jemowi na odchodne. Zniknęła w ciemności, rozświetlanej przez tylko jedną, tlącą się gdzieś w głębi lampę.
Jemowi wydawało się, że znowu miał mnóstwo pytań, ale żadnego z nich nie potrafił ubrać teraz w słowa.
— Porozmawiamy jutro. Przyjdź — powiedziała Nellie i przez chwilę wyglądała, jakby chciała zrobić coś jeszcze, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. — Dobrej nocy — powiedziała i, zanim zdążył odpowiedzieć, zniknęła w pełnym migających cieni wnętrzu hotelu.
Stał przez chwilę, obserwując ciemne okna na piętrze Sundownera. Potem odwrócił się i poszedł nieśpiesznie przed siebie, pochyliwszy lekko głowę i wcisnąwszy dłonie w kieszenie spodni, a towarzyszyły mu miliardy ostrych, jasnych gwiazd, świecące bezlitosnym blaskiem na rozciągniętym nad Tonopah nocnym niebie.