6 kwietnia 2018

Część szesnasta


Zaraza była podstępna. Najpierw przetoczyła się przez obozy górnicze po jednej stronie Tonopah, a potem spełzła ze wzgórz razem z chorymi, których znoszono do szpitala, gdzie gruby i stary doktor Smith z dnia na dzień wpadał w coraz większy popłoch. Przebiegła po ulicach, wciskając się przez szpary w drzwiach i oknach, nie oszczędzając nikogo, kto akurat się jej spodobał. W mieście zamknięto szkołę i bibliotekę (saloony jednak wciąż miały się świetnie) oraz odwołano wszystkie planowane spotkania w domu miejskim. Stanęły Belmont, Silver Top i Valley View — ze wszystkich, na których zaraza się uwzięła, to górnicy, z płucami wyniszczonymi przez codzienną porcję pyłu, padali pierwsi. Jedynie Desert Queen i Burro jakoś sobie jeszcze radziły, pewnie dlatego, że przewalało się przez nie mniej ludzi. Chodziły słuchy, że u władz poważnie zastanawiano się nad ograniczeniem ruchu pociągów, ale koniec końców zrezygnowano z tego pomysłu — wystarczyło, by wszyscy zainteresowani wycieczkami posłuchali rozesłanych po okolicach ostrzeżeń i nie wybierali się do Tonopah, jeśli absolutnie nie musieli.
Od chwili, w której Smokey przewlókł go z obozu do szpitala, a potem zostawił w szpitalu, gdzie położyli go na skrzypiącym łóżku, Jem przez prawie tydzień nie do końca wiedział, co się z nim działo.
Najpierw było ich niewielu, to pamiętał wyraźnie — wypluwali sobie płuca w skromnym gronie, pod czujnym, choć trochę za bardzo błyszczącym okiem starego doktora Smitha i jego jedynej przyuczonej do zawodu pielęgniarki, młodziutkiej Stelli Campbell. A potem, zupełnie nagle, choć całkiem spodziewanie, tylko nie tak szybko, zupełnie  jakby zawyły trąby jerychońskie i zbliżał się rychły koniec, zwaliło tylu, że ze skrzypiącego łóżka Jem wylądował na podłodze przy ścianie. Jak przez mgłę przypominał sobie, że doktor z pięć razy robił nad nim alleluja i pa pa, uznając, że jedną nogą był już w grobie, a miejsce trzeba zwolnić, ale on był uparty i za każdym razem robiło mu się lepiej, zanim znowu zaczęło być gorzej. Przemęczył tak tydzień, ósmego dnia stanął na nogi, wytłuczony dreszczami i gorączką za wszystkie czasy, umęczony i zmarnowany, ale żywy.
Widział, jak przez przechodnią salę szpitala, na której leżał, przenosili przykryte brudnymi prześcieradłami ciała. Gdyby czegoś takiego wcześniej nie widział, pewnie byłby przerażony, strach jednak nijak się go nie trzymał i na wszystko patrzył mocno zobojętniały. Może dlatego ten chłopak z Silver Top zapytał go trzeciego dnia, kiedy obaj jeszcze kontaktowali i leżeli obok siebie, czy przypadkiem nie zdarzyło mu się pochodzić z Kansas. Jem twardo postanowił sobie, że z życiem nie będzie się żegnał i to mu wystarczyło. Nie był gotowy umierać, nie od zarazy, zaparł się więc i nie umarł. Podejrzewał, że miał też trochę szczęścia, bo z samego szpitala wynieśli na jego warcie prawie dwadzieścia trupów, a przynajmniej tyle naliczył.
Swojego ósmego był za to całkiem jak nowy, trochę tylko jeszcze otumaniony i umęczony, z głową pełną zasłyszanych przypadkiem wieści o tym, co działo się poza poddanym absolutnej kwarantannie szpitalu. Wiedział, że zaraza prawie już przeszła, chorowali ostatni, którzy niebawem mieli wyzdrowieć i raczej na pewno nie umierać, ale tak naprawdę nikt nie wiedział, czy zwyczajnie uznała swój interes w Tonopah za skończony i wybiegła na pustynię, żeby tam rozpłynąć się w powietrzu, czy może planowała przeskoczyć przez otaczające miasto góry i biec dalej. W samym szpitalu skończyło się dwadzieścia pięć osób, w mieście więcej niż dziesięć, w tym najmłodsza córka Eastmanów, nad którą płakała nawet szpitalna pielęgniarka, bo kiedy coś tak głupiego i beznadziejnego jak zaraza zgarniało dzieci, nie pozostawało nic poza łzami — Jem wiedział o tym aż za dużo.
Dziwnie się teraz czuł, cały zdrowy, umęczony, ale stojący i chodzący o własnych siłach, czysty tak, że aż było mu głupio, bo nie pamiętał, kiedy ostatnio nie miał nigdzie na sobie żadnej czarnej smugi, nie wspominając już o tym, że zdążyły mu się wygoić nawet brudne rany na dłoniach.
Z niejakim zaskoczeniem odkrył, że był już listopad. Słońce, którego pierwszy raz od tylu dni nie oglądał przez szybę szpitalnego okna, to chowało się za skłębionymi, poganianymi przez chłodny wiatr chmurami, to zza niego wyglądało, zupełnie tak, jakby sprawdzało, czy to już, czy lepsze dni nadeszły i mogło zacząć śmielej świecić.
Zrobiło mu się zimno. Stał przez chwilę przy drodze, zastanawiając się, co powinien zrobić i komu najpierw się pokazać. Podumawszy chwilę, uznał, że zdecydowanie należało wracać do obozu — nie tylko Smokey, ale również siedzący za wielkim biurkiem facet od kopalnianych papierków na pewno nie mogli się go doczekać. Przeszedł więc na drugą stronę ulicy i pomaszerował przed siebie. Miasto, mimo tego, że powoli wracało do normalności, wciąż było tak puste, że człowiekowi robiło się na duszy nieswojo.  
Dotarłszy bliżej centrum, wpadł na parę znajomych twarzy, ale z nikim nie zatrzymał się na pogawędkę — wymienił oczywiście z każdym ukłon, z niektórymi nawet uśmiech, a jego uwadze nie umknęło, że każdy, kto go znał, patrzył  na niego tak, jakby już nie powinien być cały, zdrowy i żywy. Smokey, stary panikarz, którego mimo nacisków uparcie nikt nie chciał wpuścić do szpitala, bo zakaz wizyt obowiązywał absolutnie wszystkich, pewnie pił przez to jeszcze więcej niż normalnie i rozpaczał przed każdym, kto akurat zechciał go posłuchać. Nellie przyjaźniła się ze Stellą Campbell, która za jej prośbą znajdowała od czasu do czasu chwilę, żeby wspomnieć Jemowi, że ktoś się tam o niego martwił.
Zatrzymał się przed zamkniętym na cztery spusty sklepem Eastmanów. Spojrzał przez wielką szybę, pokrytą warstwą nieścieranego przez kilka dni pyłu i zaraz pomyślał o tym małym dziecku, które czasem kręciło się w środku. Całkowicie naturalnie, tak, że choćby chciał, nie potrafiłby ich powstrzymać, jego myśli powędrowały w stronę jego własnego domu i innego dziecka, bez którego sobie tego domu nie wyobrażał. Coś zakuło go w sercu, kiedy w tym momencie odkrył, że choć tamto miejsce to rzeczywiście był dom, on już na nie tak nie patrzył i całe przywiązanie, które kiedyś czuł, które kazało mu wstawać i pracować, żeby dziecko takie samo jak dziecko Eastmanów, zabrane w najokrutniejszy i najgorszy sposób, jakby ktoś zardzewiałym nożem człowieka rozkroił i wydarł mu serce, żeby to dziecko miało lepsze życie. Teraz tego przywiązania tak samo, jak tego dziecka już nie było. A co to była za siła, co to był za żart, kto o tym decydował, że zabrali mu dziecko, a jego oszczędzili, choć mógł tak samo przestać być i nawet nie wiedział, że przestał, tego miał nie zrozumieć nigdy, bo ludzie tacy jak on, którzy nic nie mogli na to poradzić, mieli się pogodzić, a nie pojmować.
I właśnie w tym momencie, kiedy miał ogromną ochotę wziąć soczysty zamach i własną pięścią rozbić tę szybę, w której odbijał się bezlitośnie taki, jaki wtedy był, zupełnie nic nie rozumiejący, który nie mógł zrobić nic, pojawiło się drugie odbicie, zupełnie jak unoszący się nad ziemią biały duch, spokojnie przepływający w powietrzu po przeciwnej stronie ulicy. Odwrócił się tak szybko, że na sekundę zakręciło mu się w głowie, a potem Kate Morgan przystanęła, uśmiechnęła się do niego i ruchem głowy, bo obie dłonie miała zajęte przez naręcze książek, które dźwigała, dała znać, żeby podszedł. Nie zamierzał zwlekać.
— Ty żyjesz! — zawołała, a w jej głosie zabrzmiało tyle samo radości, co i zdziwienia.
— Żyję — przytaknął.
Spojrzała na niego spod wielkiego kapelusza, ozdobionego sztucznymi kwiatami w przygaszonych odcieniach czerwieni i żółci.
— I masz się dobrze?
— Co? — zapytał głupio jak zwykle zbity przez nią z tropu.
— Nie powiedziałeś, że masz się dobrze. Wszyscy zawsze, jak się ich tak bez sensu zapyta, czy żyją, mówią: żyję i mam się dobrze. A ty nie masz się dobrze?
Zawahał się przez chwilę, rozglądając się na boki, żeby uciec przed jej czujnym spojrzeniem.
— Mam się okropnie, ale przeżyję — odparł, wzruszając bezradnie ramionami. Cóż więcej mógł jej powiedzieć poza prawdą? Podejrzewał, że wiedziałaby, gdyby skłamał. Nie miał po co kłamać.
— Nawet nie wiesz, jak się cieszę — powiedziała, a zabrzmiało to tak szczerze, że natychmiast uwierzył. — Chcesz iść w moją stronę? Przydałby mi się ktoś do tych książek. Zapędziłam się w bibliotece, ale zaczną się długie wieczory, więc coś trzeba będzie robić. I mógłbyś pokazać się Nellie, bo co jej z tego, że przyjdę i powiem, że się widzieliśmy — zasugerowała, całkiem rozsądnie.
Bardzo chciał iść w stronę Kate.
— Miałem się pokazać Smokeyowi. I w biurze, sprawdzić, czy jeszcze mam robotę…
— Smokey jest w kopalni — oznajmiła szybko. — Wiem, bo rozmawiałam dziś z Maud. Więc wychodzi o drugiej. Jest jedenasta albo coś koło tego. Biuro nie ucieknie, a pracę masz na pewno, bo dużo ludzi poumierało, a nowi dopiero się zjeżdżają — wyjaśniła bez cienia współczucia dla tych, których należało zastąpić. A jednak dobrze było jej tak słuchać, kiedy wyraźnie świetnie się miewała. — To jak, idziesz?
Nie widział innego wyjścia, musiał pójść. Ogółem w odmawianiu był całkiem niezły, ale Kate Morgan się zwyczajnie nie odmawiało, takie miał wrażenie, to wydawało mu się właściwe, kiedy na nią patrzył, choć udawał, że wcale nie patrzył. Wcisnęła mu większą część swoich książek i ramię w ramię poszli wzdłuż głównej ulicy miasta, zwracając uwagę każdej mijanej po drodze osoby.
— O czym to wszystko? — zapytał Jem, przyglądając się grzbietom książek, z których niewiele do niego docierało.
Zauważył, że jego pytanie wywołało na ustach Kate uśmiech, który rozjaśnił jej twarz zupełnie tak, jak zrobiłby to promień słońca.
— Większość o niczym zbyt mądrym, ale wybrałam te o moich rodzinnych stronach — odpowiedziała, zachęcając go do dalszych pytań.
— O północy? — zgadywał, bo pamiętał, że Nellie wspominała mu coś o Kate i Seattle w tym samym zdaniu, a Seattle, o ile dobrze kojarzył, było właśnie na północ od Tonopah.
Zaśmiała się i poprawiła go:
— O Kanadzie. Bardzo to głupio pewnie teraz dla ciebie wygląda, że dałam się tu wlec taki kawał świata, nie?
Tam, skąd pochodził, było całkiem niedaleko do Kanady.
— Wcale nie głupio… Ale w życiu bym nie zgadł.
— Niemądra byłam — przyznała z kwaśną miną. — Oboje wymieniliśmy lasy na pustynię, prawda? — spojrzała na niego, a kiedy przytaknął, dodała: — Raźniej robić takie głupoty we dwoje. A zgadłbyś, że pracowałam tam w bibliotece?
— Za nic — odparł z rosnącym zaskoczeniem i podziwem.
— Przez dwa lata po skończeniu szkoły — oznajmiła z dumą. — Sześć dni w tygodniu jeździłam do ratusza nowym tramwajem, po świeżo położonych torach. Wiesz, najpierw otworzyli ją na Broad Street, ale potem stwierdzili, że ratusz to lepszy pomysł. Dobrze zrobili, bo budynek na Broad Street był stary i ciemny. No i te powycierane parkiety… Aż mi ciarki po plecach przechodzą, kiedy sobie przypomnę, jak upiornie skrzypiały, jeśli się nie wiedziało, gdzie nie należy stawać.
W Sundownerze drzwi wejściowe były otwarte na oścież. Co chwila pojawiała się w nich i znikała Nellie, która, z miotłą w ręku, znęcała się nad swoimi i tak już nieskazitelnie czystymi podłogami.
— Juhu! Słoneczko! Patrz, kogo znalazłam! — zawołała do niej Kate.
Nellie oderwała skupione spojrzenie od miotły, a jej twarz natychmiast złagodniała i rozjaśniła się uśmiechem.
— Obrabowaliście razem bibliotekę? — zapytała, kiedy podeszli bliżej.
— Etta Hager dziś pracuje, więc pozwoliła mi wypożyczyć więcej, kochane stworzenie — odparła Kate. — A jego zgarnęłam z ulicy. Prosto ze szpitala, świeżo uleczony. No, oddaj mi już te książki — zwróciła się do Jema. — Pojdę na górę, a wy sobie pogruchajcie. Dawno się nie widzieliście — dodała figlarnym tonem, a Nellie zgromiła ją wzrokiem i mocniej złapała się miotły.
Patrzyli na siebie z Jemem, póki nie usłyszeli, że Kate weszła po schodach na piętro.
— To jak, gruchamy sobie? — zażartował.
Nellie, przed chwilą jeszcze mocno zmieszana, parsknęła śmiechem. Zaraz potem rzuciła miotłę na ziemię, żeby w ramiona wziąć Jema.
— Tak się cieszę, że już po wszystkim — powiedziała, przyciskając zaróżowiony policzek do jego ramienia. — Jak się czujesz?
— Dobrze. Wymęczony, ale żywy jak nigdy. — Sam nie wiedział, czemu nie powiedział jej tego samego, co Kate. — Smokey pewnie z dziesięć razy mnie umarł, nie?
Nellie zaśmiała się, a kiedy wypuszczała go z ramion, na sekundę podniosła dłoń do oczu i przetarła je w kącikach.
— Panikował okropnie, ledwo go z Maud uspokoiłyśmy, to znowu zaczynał. Padłby z nerwów, gdybym nie poprosiła Stelli, żeby cię doglądała. Wiesz, przez parę dni było naprawdę źle. Mnie aż się słabo robiło, jak… — urwała, nie chcąc kończyć zdania. Zamiast tego ruchem głowy wskazała na cmentarz, który doskonale było stąd widać. — Ostatnio coś takiego widziałam, kiedy mieszkaliśmy w Portland i był tyfus… — wzdrygnęła się na samo wspomnienie.
Umilkli na chwilę. Jem spoglądał ponad głową Nellie w stronę cmentarza. Widział go wystarczająco dużo razy, by zauważyć, że przybyło nowych drewnianych nagrobków i krzyży. Dziwnie czuł się z myślą o tym, jak niewiele brakło, żeby tam wylądował.
— Słuchaj, mam coś twojego! — zawołała nagle z ożywieniem Nellie. — Zaczekaj tutaj — poleciła i pobiegła do hotelu. Stojąc na zewnątrz, słyszał jak przebiegła przez hol do swojego pokoju. Wróciła lekko zdyszana. — Zostawiłeś to… wtedy — powiedziała, wyciągając do niego dłoń, w której trzymała  jego list.
Myślał, że go zgubił. Patrzył przez chwilę na dłoń Nellie. W tym czasie przez głowę zdążyła mu przebiec gonitwa myśli, a wszystkie sprowadzał się do tego, że do niczego nie był mu już potrzebny. Zabrał go jednak i wsunął do kieszeni.
— Dzięki — mruknął niewyraźnie.
— Możemy coś razem odpisać, gdybyś chciał… — zasugerowała nieśmiało Nellie, z miną taką, jakby spodziewała się dostać po głowie za tę propozycję.
Nie był damskim bokserem. Westchnął za to ciężko i w odpowiedzi rozłożył bezradnie ramiona. Co miał jej powiedzieć?
— Miały jedno do zrobienia, tylko jedno — powiedział twardo, pokazując na palcach, jak niewiele oczekiwał od sióstr i matki. — I co? I nie zrobiły nic, wszystkie cztery dały jej umrzeć, a tyle razy przysięgały, że włos Ollie z głowy nie spadnie. Gdzieś mam takie układy. Gdzieś mam je wszystkie. — Był spokojny, choć rozgoryczony i przybity. — Pieniądze wyślę, ale słowa ode mnie nie usłyszą. I ja od nich słyszeć nie potrzebuję — podsumował beznamiętnym tonem, zakładając ramiona na piersi.
Nellie przyglądała mu się z niepokojem.
— Tak po prostu przestaniesz się do nich odzywać?
— Tak po prostu.
— Nie możesz…
— Nie mów mi, co mogę, a czego nie.
Aż zabrakło jej słów.
— Dzięki raz jeszcze — rzucił sucho. Nellie chciała coś powiedzieć, ale znowu się odezwał. — Na mnie pora. Robota czeka. — Odwrócił się bez żadnego więcej słowa i poszedł w swoją stronę, zostawiając Nellie, która przez resztę dnia podczas szorowania podłóg, miała zastanawiać się, co powiedziała źle.
W obozie przy Belmont panowała nienaturalna cisza, choć kopalnia, razem z szybem Mizpah, działały pełną parą. Biuro, w którym Jem nie postawił stopy, odkąd zaraz po przyjeździe przyprowadził go tam Smokey, było wyjątkowo zajęte. Za zabudowanym szeroką, wypolerowaną ladą biurkiem siedział ten sam urzędas co wtedy, tylko dziś miał dużo więcej pracy i dużo bardziej niezadowoloną minę. Kolejka, złożona z bandy mniej lub bardziej obdartych górników, ciągnęła się prawie do drzwi. Jem ustawił się na końcu i zaczął rozglądać na boki, szukając jakiejś znajomej twarzy, ale dostrzegł może dwie czy trzy, które kojarzył jedynie z widzenia. Dwóch mężczyzn przed nim rozmawiało przyciszonymi głosami w jakimś dziwnym języku, a niższy z nich gestykulował dość energicznie i miał przy tym złączony kciuk z dwoma palcami dłoni, którą najwięcej wymachiwał.
Wyczekał się porządnie, zanim wreszcie przyszła jego kolej. Zgłosił, że wrócił ze szpitala, podał nazwisko i dowiedział się, że następnego dnia z samego rana będzie mógł wrócić do pracy.
— Nie płacimy za leżenie w łóżku. Osiem  dni odliczone — dodał znudzonym głosem urzędas, podsuwając mu pióro i zadrukowaną małymi literami kartkę z wielkim logo Tonopah Mining Company na. — Podpis — powiedział, wskazując palcem miejsce na dole, gdzie Jem postawił krzyżyk.
Kiedy wyszedł, w kopalni akurat zmieniała się szychta. Postanowił zajść do baraku okrężną drogą, obchodząc cały obóz i wchodząc do niego od strony, którą przychodziło się z miasta. Chciał zaskoczyć Smokeya i całkiem mu się to udało, bo spotkali się dokładnie pod drzwiami, a stary dureń aż zawył z uciechy, kiedy go zobaczył.
— Wypuszczonyś! — zawołał i rąbnął go w plecy z takim entuzjazmem, że aż huknęło i zabrało mu głos.  — Trudny do skończenia, jak każdy parszywy Irlandczyk! Niech mnie dunder świśnie! — dodał, zacierając radośnie brudne ręce.
— Ciebie też dobrze widzieć — wykrztusił Jem, gdy wrócił mu dech.
— Coś żem trzymał, aż mi wrócisz — oznajmił Smokey konspiracyjnym szeptem. Wpadł do baraku, potknął się o próg, pokręcił trochę w środku i po chwili pokazał się z powrotem. Na głowie miał swój kapelusz, z którym wrócił pewnej nocy z saloonu, a w dłoni trzymał drugi, całkiem podobny, też ciemnobrązowy i ozdobiony rzemieniem, lekko sfatygowany, co tylko dodawało mu charakteru. — Stówkę żyj, bracie — powiedział, wyciągając rękę, żeby założyć go Jemowi na głowę. — Koniec łażenia z gołym czerepem.
— Tyś pamiętał? Niech mnie, reszcie oczy zbieleją, jak zobaczą — wykrztusił Jem, którego znowu zatkało, ale tym razem z wrażenia. Głupie to było pytanie, bo Smokey zawsze pamiętał, ale zwykle Jemowi przynosił tylko dobre słowo, a dziewczynom coś drobnego, kolorowe wstążki do włosów, trochę materiału na sukienkę albo dwie, raz skombinował dla Dinah buty aż z Bismarck, które potem nosiły pozostałe siostry. Tym razem przeszedł samego siebie.  
Smokey, który w międzyczasie poszedł za barak i chlapał się w beczce z zimną wodą, pokazał się znowu. Minę miał zdecydowanie gorszą.
— Nie chciał żem jeszcze mówić, ale… — zawahał się na kilka sekund. — Pata sprzątło.
Jem poczuł się, jakby ktoś przywalił mu pałką w brzuch. Zdjął z głowy kapelusz.
— Pat? — powtórzył. — Kiedy?
— Trzy dni temu. — Smokey pokręcił głową ze smutkiem. — Ted ledwo się trzyma. Chodzi nawalony od pogrzebu, nie chleje tylko w kopalni. Palmer za nim łazi i pilnuje, coby się nie sponiewierał w jakim rowie, jeno… Szkoda gadać. Wył po nim strasznie.
Z północy zawiał zimny wiatr. Wzdrygnęli się obaj i, zrozumiawszy się bez słów, ruszyli razem w stronę miasta. Przez większość drogi Smokey trzymał niedbale dłoń na ramieniu Jema, upewniając się, że wciąż miał go obok.