7 lipca 2017

Część dziesiąta

Nellie wyszła z sypialni Morganów i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi. Podszedłszy do wciąż siedzącego na ostatnim stopniu Jema, trąciła go w ramię i powiedziała cicho:
— Już po wszystkim.
Wstał i podążył za nią na dół. Razem zabrali się do zbierania największych kawałków kolorowego szkła, potem Nellie dokładnie zamiotła podłogę, a Jem doprowadził do porządku przesunięte biurko, poukładał z powrotem to, co z niego spadło i podniósł przewrócone krzesło. Przez cały ten czas nie odezwali się do siebie ani słowem.
— Mamy zajęte trzy pokoje — stwierdziła, kiedy wyrzuciła szkło i odłożyła miotłę do schowka pod schodami. — Klucze od dwóch są tutaj, więc tylko w jednym ktoś jest. Albo śpi, albo udaje, że nic nie słyszał, dobry człowiek.
— A Essie?
— Zdecydowała, że ma dość i odchodzi. — Nellie postanowiła przemilczeć, że Essie na odchodne poradziła jej zrobić to samo. — Obiecała, że nikomu nic  nie powie, ale słowo tej dziewczyny jest warte tyle, co nic. — Jedną dłonią oparła się o blat biurka, drugą przyłożyła do czoła. Głowa ją bolała z nadmiaru wrażeń. — Chodź do salonu, nie mam siły stać.
Jemowi trochę głupio było siadać na czystym i eleganckim, choć wyglądającym na twardy i niewygodny fotelu. Miał brudne spodnie, ale Nellie machnęła ręką i powiedziała, żeby się tym nie przejmował. Usiedli więc w niewielkim pokoju dziennym, w którym na porządnie wyszorowanej, ciemnej podłodze nie leżał żaden dywan, na pokrytych nijaką, wyblakłą tapetą ścianach nie wisiały obrazy. Wszystko było tu puste, zimne i nieprzyjazne, tylko w oknie, w którym smętnie wisiały grube, ciężkie zasłony, a na gzymsie kominka stały, dokładnie poodkurzane przez Nellie, dziwne i bezkształtne bibeloty. Sundowner był zupełnie jak ten ponury, zbłąkany włóczęga, który po długiej drodze uznał, że nie ma siły iść dalej i znalazł sobie miejsce na końcu zakurzonej drogi, układając się do snu tam, gdzie stał.
Nellie spojrzała na Jema tak, jakby chciała mu coś wyjaśnić, ale nie wiedziała, od czego zacząć.
— Nie żeby coś, ale… Co tu się, Nellie, wyprawia? — zapytał w końcu.
Pomogło.
— Kate coś sobie ubzdurała — odrzekła, czując, że wraz z tymi słowami zrzuciła trochę ciężaru, który od dawna samotnie dźwigała. — To nie pierwszy raz, oni się kłócą bez przerwy, Kate daje Frankowi w twarz, on jej oddaje, potem się godzą i za chwilę znowu próbują pozabijać, a jej coraz bardziej odbija. Rzucała się już na mnie, raz wyrwała mi trochę włosów, ale jeszcze nigdy na Essie… — przyznała się Nellie, nerwowo skubiąc paznokcie. O wyrwanych włosach wspomniała, jakby obeszły ją dużo mniej, niż niepokojący stan zdrowia Kate. — Przez to, że Frank obiecywał wrócić na czwartego lipca, a został w Rhyolite, Kate się wściekła, poszła wczoraj na zabawę, choć miała nie iść, a potem, a potem… Potem… — Głos jej się trząsł, dłonie też. Zaczęła gestykulować bezradnie, bo doskonale zdawała sobie sprawę, jak to wszystko brzmiało. — Ja już nie wiem, co mam robić.
Oczy jej się nagle zaszkliły, ale szybko spuściła głowę i otarła je wierzchem dłoni, a na koniec pociągnęła nosem. Nie było tego dość, żeby zaczęła płakać, łzy zachowywała na gorsze okazje.
— Jem? Nikomu nie powtórzysz?
Normalnie by się wściekł i obraził, ale tego Nellie potrzebowała teraz najmniej.
— Nikomu. Prędzej mi strop na głowę spadnie. — Powiedział pół żartem i podziałało: Nellie roześmiała się na krótką chwilę.
— Frank ma dziewczynę z dzieckiem w Rhyolite. A Kate już od ośmiu lat nie ma dziecka. — Słowa te zawisły w grobowej ciszy, jaka między nimi zapadła. — Jak przyjeżdża, to najpierw na siebie wrzeszczą, potem się godzą, potem Frank znowu wyjeżdża, Kate dostaje małpiego rozumu i dzieją się takie rzeczy. — Ruchem ręki wskazała ponad oparciem swojego fotela na widoczny w otwartych drzwiach hol, w którym przed chwilą sprzątali pobojowisko.
Jema zatkało. Tym razem milczenie przerywała tylko przez pociągającą nosem Nellie. Zaoferowałby jej chusteczkę, którą nosił w kieszeni, ale była umorusana jak nieszczęście. Zaradna jak zawsze, poradziła sobie z pomocą rękawa szarej sukienki.
— Nie chciałam, żebyś o niej źle myślał — podjęła znowu, siląc się na uśmiech, którym chciała pocieszyć samą siebie. — Słyszałeś już, co ludzie gadają. Co mówiła Maud, choć kiedyś się przyjaźniły. Wariatka. Kate nie jest wariatką, ale tak im najłatwiej: odwrócić wzrok i udawać, że się problemu nie widzi, ale wspomnieć o nim podczas ploteczek z przypadkowo spotkaną na ulicy koleżaneczką, bo kto lepiej podtrzyma nieklejącą się rozmowę, jeśli nie Kate Morgan? — parsknęła pełnym pogardy śmiechem. — Mieli życie w Seattle, to wywiózł ją tutaj, bo tam nie mógł dręczyć. O Franku nikt w Tonopah nie powie złego słowa, bo to on jest pokrzywdzony. To jemu współczują. To jego pozdrawiają na ulicy — mówiła z żalem, dając upust całej złości, która nazbierała się w niej przez dwa lata, spędzone pod jednym dachem z Morganami. — Nie patrzyłeś wtedy, ale wczoraj, kiedy Kate zauważyła w tłumie Rachel Cone i poszła się przywitać, Rachel przed nią uciekła.
Jem siedział zgarbiony, z łokciami opartymi o kolana i dłonią przy policzku. Za dużo już się dowiedział, ojciec powtarzał, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale… Nellie nie powinna była się z tym męczyć sama.
— Po co im ten hotel? Tonopah?
Nellie wzruszyła ramionami i znowu pociągnęła nosem.
Sundowner stoi tu odkąd zbudowało się — powiedziała przez ściśnięte od żalu, złości i łez gardło. — Frank przejął go w jakiś dziwny sposób, po jakimś dziwnym człowieku, nawet nie znam jego nazwiska… Ze cztery lata temu? Zabrał Kate od rodziny, przywlókł przez kilka stanów i tak trzyma. Wiesz, zanim interes zaczął podupadać, było całkiem nieźle. Jak tu dopiero co przyszłam, mieliśmy pozajmowane wszystkie pokoje. Potem parę razy urządzili sobie awanturę przy gościach, po mieście rozeszły się plotki, Kate zaczęła się dziwnie zachowywać, wpadła pod tego przeklętego konia i od tamtej pory jest coraz gorzej… — mówiła bez ładu i składu, skacząc po wspomnieniach i faktach.
— Jakiego znowu konia? — Tyle wyłapał Jem, który naiwnie sądził, że w tej historii nic go już nie zaskoczy.
Nellie roześmiała się — sama już nie mogła uwierzyć w to, co opowiadała.
— Na czwartego lipca zawsze puszczali konie po głównej ulicy, od kościoła prezbiterian do skrzyżowania i to były te ich wyścigi. — To wystarczyło, by Jem natychmiast przypomniał sobie dwóch eleganckich panów w białych koszulach i sztywnych kołnierzykach, którzy rozmawiali, jak to wyścigów w tym roku nie będzie, bo ktoś w ostatniej chwili zmienił zdanie. — Franka znowu nie było, poszłyśmy w zeszłym roku z Kate na zawody, ścigałam się wtedy z Citty, zgubiłam gdzieś Kate i zanim ją znalazłam, puścili już konie. Potem było pełno kurzu, krzyku, a pośrodku tego wszystkiego… Kate. — Przerwała na chwilę i zapatrzyła się w ścianę. Po chwili potrząsnęła głową, odtrącając od siebie złe wspomnienia. — Do tej pory nie jestem pewna, czy nie próbowała się wtedy zabić, choć przysięgała, że się potknęła. Prosto pod pędzącego konia.
Jem patrzył na nią, zadziwiony. Żeby trzy dni bez przerwy myślał, to by czegoś takiego nie wymyślił. Jeszcze niedawno gotów, na podstawie tego, czego świadkiem był wczoraj, założyć, że Nellie i Maud zmówiły się i wspólnie postanowiły mieć coś przeciwko Kate, bo, jak zwykł mawiać Smokey: baby to baby, tego nie pojmiesz. Ciekawe, co Smokey by powiedział, gdyby również odkrył, jak bardzo się mylił?
— Myślisz, że naprawdę próbowała się zabić? — zapytał, bo przed oczami stała mu jej smukła, niewinna postać, biała sukienka, nieupięte włosy, okrągła twarz, ciemne brwi, jasne przy powiekach i ciemne na końcach rzęsy gęste jak firanki, pełne usta, prosty nos i to przyćmione światło, którego pochodzenia do tej pory nie umiał wytłumaczyć i nie wiedział, czy zwyczajnie go sobie nie wyobraził.
Nie wiedział też, czy powinien czuć się zaskoczony, czy raczej wypadało, żeby było mu głupio, bo aż tyle zapamiętał.
Nellie westchnęła głośno.
— Szczerze wolałam, jak do tamtego dnia, naiwnie sądzić, że Kate zrobiłaby wszystko, ale nie to.