27 maja 2017

Część dziewiąta

Jem i Smokey skończyli pierwszą szychtę wczesnym popołudniem, umyli w beczce z wodą z Tonopah Springs ręce, szyje i twarze, a potem poszli na obiad do bursy Harry’ego Stimlera, w której ruch zaczynał się od wczesnego rana, a kończył późnym wieczorem.
Smokey nie był zbyt rozmowny i cierpiał na potworny ból głowy — napił się wczoraj jakiegoś lewego bimbru i, choć Maud w porę zorientowała się, że należało położyć go do łóżka, żeby nie zwalił się z nóg w połowie drogi do obozu i nie przeleżał tak całej nocy, przedstawiał dziś sobą całkiem nędzny widok.
Jem obserwował go, kiedy jedli, siedząc na workach po warzywach pod ścianą w bursie, i kilkakrotnie odkładał łyżkę, żeby coś powiedzieć, ale za każdym razem szybko rezygnował. Po pełnym wrażeń czwartym lipca spał jak zabity, ale kiedy tylko się obudził i przypomniał sobie, co tak właściwie się wydarzyło, jak zachowywały się Nellie, Maud i Kate, nie mógł już nic poradzić — zaczął się zastanawiać nad sprawami, które teoretycznie go nie dotyczyły, ale miał wrażenie, że wplątał się w nie już na tyle, że kiedy później pójdzie i spotka się z Nellie, tak, jak sama kazała mu przyjść, sprawy zaczną go dotyczyć.
Już i tak nie potrafił pozbyć się z myśli Kate Morgan, jej głosu, jej oczu, jej długich, jasnych włosów, białej sukienki, odbijającej światło gwiazd. Krócej sprawę ujmując, czuł, że miał równo przewalone.
Naszła go ochota, by zapytać Smokeya, czy nie orientował się przypadkiem, czemu Nellie i Maud tak dziwnie reagowały na widok Kate, ale kiedy się nad tym zastanowił, doszedł do wniosku, że Smokey właściwie interesował się tylko Maud i nie byłoby dziwnym, gdyby zapytany o relacje między nią, Nellie i Kate, wyraziłby ogromne zdziwienie, że w ogóle istniały między nimi jakieś konkretne relacje, poza tym, że w tym mieście wszyscy znali wszystkich. I, no, tego, to są baby, baby ze sobą cały czas gadają, a potem żrą się o głupoty, dodałby pewnie jeszcze.
Rozstali się przed bursą Stimlera. Dzień znów był gorący, słońce stało wysoko na niebie, na którym nie było znać śladu nawet jednej chmury. Smokey był wykończony, głowa mu pękała, więc poszedł z powrotem do obozu, żeby spać najlepiej do jutra, a Jem pokręcił się trochę bez sensu po mieście. Najpierw bezmyślnie oglądał witryny sklepów, potem zatrzymał się przed saloonem i przysłuchiwał przez chwilę głośnej kłótni dwóch podpitych górników, która zakończyła się tym, że ktoś z przechodniów krzyknął: Dajcie se po razowi!, i obaj, zrezygnowawszy z dochodzenia sprawiedliwości za pomocą pięści, pochowali świerzbiące ręce do kieszeni i wrócili do saloonu.
Wreszcie, wciąż nie do końca zdecydowany, poszedł w dół głównej ulicy aż do samotnie strzegącego wyjazdu z miasta hotelu Sundowner.

***

Nellie przywitała go z wyrażającym ulgę uśmiechem na ustach — nie powiedziała mu tego, ale z niecierpliwością czekała, aż przyjdzie, żeby z czystym sumieniem móc zostawić recepcję pod opieką Essie. Poskarżyła się, że znowu mieli kilku gości na czwartego lipca, dziś rano klucze oddano już z dwóch pokoi i przewidywała, że jeśli tak dalej pójdzie, to nie będzie dobrze.
— Frank znowu się wścieknie jak wróci — powiedziała, opierając się ze zbolałą miną o nierówną ścianę Sundownera. Siedzieli, jak zwykle, na swojej ławce, mając przed sobą widok na wzgórza i część obozu przy Mizpah. — Nie mam siły na jego humory — dodała, przymykając na chwilę powieki.
— Kiedy wraca? — zapytał Jem, tak naprawdę niezbyt zainteresowany Frankiem Morganem i jego dziwnym życiem, które dzielił na Tonopah, Kate i Sundownera oraz na Rhyolite i tę swoją dziewczynę, o której kiedyś wspomniała Nellie.
— A kto to wie. — Nellie wzruszyła ramionami. — Miał być już wczoraj, tak mówił, ale na nim nie można polegać. Kate się wściekła. Czasem mam ochotę wygarnąć mu, co o tym wszystkim myślę… Nie wiem, oni oboje żyją we własnych światach. A ja, głupia, się tym przejmuję, jakby to były moje problemy. Nie mogę się doczekać, żeby to rzucić — wyrzuciła z siebie, a przez jej poszarzałą twarz, po której było widać, że mało spała tej nocy, przemknął grymas złości.
— To rzuć. Nawet dziś — zaproponował Jem, nie widząc żadnych przeszkód.
Wydawało mu się, że wiedział, co mówił: sam w końcu długo bił się z myślami i zastanawiał, czy powinien wyjeżdżać z Deadwood, zostawiać matkę i siostry, a potem w jedną noc podjął decyzję, wstał rano, zawinął swój tłumoczek i, pożegnawszy się ze wszystkimi, szybko, tak, żeby przypadkiem nie zmienić zdania, poszedł przed siebie i zatrzymał się dopiero w Tonopah.
— Och, Jem — westchnęła Nellie z pobłażliwym uśmiechem. — Jak ty niczego nie rozumiesz…
Nie spodobał mu się jej ton.
— Trudno, żebym rozumiał, skoro nic mi nie mówisz — odparł, nagle poirytowany tym, że mówiła do niego jak do dziecka, któremu nawet nie warto było cokolwiek tłumaczyć, bo i tak nic by do niego nie dotarło.
Nellie poruszyła się na ławce, zaskoczona. Chciała położyć dłoń na jego ramieniu i wytłumaczyć, że źle dobrała słowa, ale wstał, zanim zdążyła to zrobić.
— Zrobiłaś się dziwna, jak zobaczyłaś Kate na ulicy, a na Maud patrzyłaś, jakby była czemuś winna — powiedział, kiedy odszedł na kilka kroków i stanął do niej bokiem, włożywszy ręce w kieszenie pozadzieranych na ostrych skałach roboczych spodni. — A teraz mówisz do mnie jak do głupka.
Nellie, zrozumiawszy swój błąd, otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale zamknęła je i spuściła głowę, wbijając wzrok w swoje splecione na podołku dłonie. Milczeli przed chwilę.
— Co mi powiesz, nigdzie z tym nie pójdę — odezwał się w końcu Jem, który pożałował, że wściekł się praktycznie bez powodu. — Nie musisz sama się męczyć.
Zamierzała coś odpowiedzieć, ale w momencie, w którym nabierała powietrza i otwierała usta, oboje usłyszeli hałas i podniesione głosy, dochodzące z wnętrza hotelu, które zaraz przerodziły się głośne krzyki i huk tłuczonego szkła.
Nellie najpierw zamarł, a potem zerwała się jak oparzona, zawołała O Boże!, i pognała do drzwi, a gdy je otworzyła, wpadając do hotelu wraz z Jemem, który podążył za nią, ujrzeli okropną scenę.
Kate Morgan stała w samej koszuli nocnej nad skuloną pod ścianą Essie i wyglądała tak, jakby chciała wydrapać przestraszonej dziewczynie oczy. Obok zapędzonej w kozi róg Essie leżały resztki rozbitej lampy i roztrzaskanego na kawałki zielonego klosza.
— Co ty znowu wyrabiasz?! — zawołała Nellie, natychmiast wkraczając do akcji. Ruszyła w stronę Kate, omijając przeszkodę w postaci przewróconego na podłogę krzesła. — Zostaw ją! Essie, chodź do mnie — poleciła, a drżąca ze strachu dziewczyna spojrzała najpierw w stronę wytrąconej na chwilę z rytmu Kate, po czym czmychnęła w bok, skuliła się za spódnicą Nellie przy wejściu do salonu i zaczęła histerycznie płakać.
Jem stał tam, gdzie zostawiła go Nellie, kompletnie porażony widokiem i zachowaniem Kate, bardzo powoli pojmując, co tak właściwie mogło tutaj zajść.
Kiedy Nellie się do niej zbliżyła, Kate zaczęła cofać się małymi kroczkami w stronę dużych wejściowych drzwi z kolorowymi witrażami, przez które na drewnianą podłogę padały malowane światłem obrazki. Zatrzymała się, dopiero kiedy bosą stopą nadepnęła na odłamek zielonego szkła z rozbitej lampy. Nellie wykorzystała chwilę rozkojarzenia i jednym szybkim ruchem rzuciła się w stronę Kate, łapiąc ją za ręce. Szamotały się przez chwilę, ale Nellie, wyższa i silniejsza, wygrała. Wciąż używając siły, zmusiła Kate do obrotu i objęła ją ramieniem, mocno przyciskając do siebie, a potem zaczęła prowadzić w stronę schodów.
— Pójdziemy na górę i opatrzę ci ranę. Położysz się do łóżka — mówiła do niej spokojnym głosem.
— To jej wina! — zawołała nagle Kate, wyrywając się z objęć Nellie. W oczach miała łzy. — Oszukuje mnie!
— Nic ci nie zrobiłam, wiedźmo! — zawyła zapłakana Essie, która, wciąż siedząc na podłodze, praktycznie poczołgała się do salonu i chowała za ścianą, wyglądając za próg tylko po to, by bronić się przed oskarżeniami. — Chciała mnie zabić! — zawołała do Nellie. — Wariatka!
— Boże najmilszy — westchnęła Nellie. — Kate?
Kate spuściła wzrok i wbiła go w podłogę.
— Oszukuje mnie! — powiedziała na swoją obronę. — Fraaank! — zawołała żałośnie imię męża i utkwiła spojrzenie w prowadzących na piętro schodach, jakby spodziewała się, że ktoś odpowie stamtąd na jej wołanie.
Essie, kiedy ją usłyszała, najpierw parsknęła śmiechem, a potem znowu zaczęła histerycznie szlochać. Nellie krzyknęła na nią, żeby się uspokoiła, ale wcale tym nie pomogła, a wręcz pogorszyła sytuację.
— Frank! — W głosie Essie zabrzmiało niedowierzanie i pogarda. — Franka jej się zachciało! Franka tu nie ma, wariatko! Do doktora pójdę. Do szpitala! Do komendanta! Ją trzeba wreszcie zamknąć!  wołała dalej.
— On mówił — powiedziała cicho Kate, spoglądają na Nellie wielkimi, przestraszonymi oczyma. — On mówił, że wróci.
— Och, Kate… — westchnęła ciężko Nellie, machając ręką na Essie, żeby była cicho. — Franka tu nie ma. Nie przyjechał jeszcze. Nie wiem, kiedy wróci. Essie też nie wie. Kate, tak strasznie mi przykro — tłumaczyła cierpliwie. — Jem, proszę, zabierz Kate na górę. Pierwsze drzwi na lewo. Połóż ją do łóżka i przypilnuj. Uspokoję Essie i przyjdę.
Zmuszony do ruszenia się z miejsca Jem, nie tyle przestraszony, co zbyt zdezorientowany, by wykrztusić z siebie jakiekolwiek słowo, podszedł do Kate. Uśmiechnęła się do niego uśmiechem słodkim i niewinnym, nagle wydawała się zagubiona i bezbronna, jakby to nie ona przed chwilą krzyczała na płaczącą ze strachu Essie.
— Zraniłam się — powiedziała. Oboje spojrzeli na małe ślady krwi, które zostawiła za sobą na szorowanej regularnie przez Nellie podłodze.
— Wiem — odparł. — Do wesela się zagoi.
Położyła dłoń na jego ramieniu i, wspierając się na nim, pokuśtykała po schodach. Z ciemnego, wąskiego korytarza na piętrze weszli do dużej i jasnej sypialni. Lniane zasłony poruszały się lekko w otwartym na oścież oknie. Pod ścianą stało podwójne łóżko w ciężkich, czarnych, żelaznych ramach. Pościel była pomięta i zwichrowana, jedna z poduszek leżała na podłodze. Jem podniósł ją, zanim pomógł położyć się Kate, która ułożyła się na boku i podciągnęła pod siebie nogi.
Na nocnym stoliku stała prawie pusta butelka whiskey, choć od Kate nie było czuć alkoholu, i kilka małych, płaskich buteleczek z kolorowego szkła z metalowymi nakrętkami i dużymi etykietami.
Jem chciał zostawić Kate i grzecznie wyjść z obcej sypialni, gdzie był intruzem, ale złapała go za rękę i poprosiła słodkim, błagającym o współczucie głosem, od którego aż coś poruszało się człowiekowi w sercu:
— Nie idź. Posiedź ze mną. — Usiadł więc na brzegu łóżka, tam, gdzie go pociągnęła, nasłuchując niecierpliwie kroków Nellie na schodach.
— Byłeś tu wczoraj — stwierdziła, a w jej głosie zabrzmiała dziewczęca kokieteria, tak zupełnie niepasująca do zamężnej kobiety. — Bywasz często — dodała, przyglądając mu się uważnie. Spojrzenie miała trochę senne, głos spokojny i umęczony.
— Nie tak często — odparł, spuszczając głowę, by uciec przed jej wzrokiem. Zrobiło mu się okrutnie gorąco i wolał nie myśleć o tym, jaki czerwony musiał być na twarzy.
Zaśmiała się.
— Jak cię tu nie ma, zaraz czuję do ciebie złość — powiedziała cicho. — Nellie jest lepiej, jak przychodzisz. Jeśli Nellie jest lepiej, mnie też jest lepiej. Uwierzysz?
Podniósł na chwilę wzrok i zatrzymał go na chwilę na jej niezdrowo błyszczących oczach, ale nie na długo, bo przepadłby w nich kompletnie. Cała złość Kate nagle gdzieś wyparowała, jakby obłędu, przez który biedna Essie wciąż szlochała na dole, nigdy nie było.
— Uwierzę.
Kate uniosła się na łokciu, przyciągnęła do sobie poduszkę, którą przedtem Jem podniósł z podłogi. Zaczęła przysuwać się bliżej niego, chcąc dodać coś, co najwyraźniej było jeszcze bardziej poufne, kiedy syknęła z bólu. Złapała się na nogę.
— O Boże, boli.
Jem spojrzał w stronę poplamionego krwią prześcieradła.
— Tam zawsze jest dużo krwi. Szkło się chyba nie wbiło… — ocenił, odwracając wzrok, kiedy Kate podciągnęła cienką koszulę nocną do kolan. Miała bladą, prawie papierową skórę, zdrowiej wyglądały jedynie nieznacznie opalone przedramiona, ale widok psuły pajęczyny niebieskich żył.
— To nie to — westchnęła i opadła z powrotem na poduszki, kładąc się na plecach. — Gorąco mi — poskarżyła się. — Gdzie się podziewa Nellie?
Już chciał zaoferować, że po nią pójdzie, kiedy oboje usłyszeli głośne trzaśnięcie drzwiami na dole, a potem szybkie kroki na schodach. Nellie wpadła do sypialni Morganów i stanęła w progu.
— Dzięki za pomoc, Jem. Poradzimy już tu sobie — powiedziała, uśmiechając się uprzejmie. Zrozumiał, że na niego już czas, wstał więc z łóżka, oglądnął się jeszcze na Kate, zwróconą teraz twarzą w stronę otwartego na oścież okna. Zamierzał krótko pożegnać się z Nellie i opuścić na dziś mury Sundownera, ale kiedy się z nią rozmijał, powiedziała cicho: — Nie idź jeszcze, dobrze?
Zatrzymał się i patrzył na nią przez chwilę, a potem przytaknął i pozwolił jej zamknąć za sobą drzwi. W hotelu zrobiło się cicho, a Jem usiadł na schodach plecami do ciemnego korytarza i poczuł, że serce biło mu mocniej i szybciej niż zwykle.