4 sierpnia 2017

Część jedenasta

Robaczki, jeśli ktoś chciałby zobaczyć, co robię, jak nie piszę tu noci i jakie są moje, coraz dziwniejsze, zainteresowania, to zapraszam na Port of Shadows (bezwstydna reklama).
_____________

Nellie Snyder kręciła się między rzędami pościeli, smętnie zwisającej na jutowych sznurkach, rozciągniętych między dwoma słupami, za posępnie stojącym na końcu miasta hotelem. Sundowner był wyszorowany w każdym, nawet najłatwiejszym do przeoczenia kącie, ale Nellie, z uporem maniaka, prała, szorowała, polerowała i wszędzie dopatrywała się brudu. Inaczej już nie potrafiła. Kiedy nie miała w rękach żadnego zajęcia, na niczym się nie skupiała i do niczego nie starała się doprowadzić — nawet jeśli oznaczało to usunięcie plamy tak starej, że łatwiej było machnąć ręką, niż próbować się jej pozbyć — dostawała bzika.
A teraz, kiedy wrócił Frank, jeszcze bardziej potrzebowała się czymś zająć. Przyjechał tydzień za późno, bez uprzedzenia, pociągiem, który wtoczył się na stację w Tonopah o świcie i, gdy pierwsze promienie słońca zaczynały padać na puste ulice, załomotał we frontowe drzwi, budząc wszystkich wewnątrz. Nellie wyleciała z łóżka i jak dzika pognała z kluczami do zamka, ale Frank już zdążył się wściec. Ofuknął ją, Bogu ducha winną, a potem zignorował Kate, która pojawiła się na schodach i już zdążyła ucieszyć z jego przyjazdu. Zanim poszedł spać, zdążyli się jeszcze pokłócić.
Monotonne zajęcia, codzienne obowiązki, skrobanie, szorowanie i polerowanie tak mocno, że dłonie robiły się pomarszczone i czerwone, a paznokcie kruche i łamliwe, sprawiały, że Nellie nie krzyczała z bezsilności. Wyżywała się na talerzach, podłogach, oknach i prześcieradłach, zamiast na ludziach.
Drewniana klamerka wymknęła jej się z dłoni i upadła na ziemię. Schyliła się i podniosła ją, a potem jeszcze wytarła w fartuszek, który miała zawiązany w pasie. Kiedy się wyprostowała, chcąc zapiąć niesforną klamerkę tam na miejscu, krzyknęła i znowu ją upuściła.
— A ty tu skąd? — zapytała zadziwiona, widząc przed sobą uśmiechniętego od ucha do ucha Jema. W pierwszej chwili nawet się ucieszyła na jego widok, ale zaraz potem uświadomiła sobie, że przed wyjściem z obozu pewnie opłukał się tam, gdzie było widać najbardziej, a teraz stał między jej czystą pościelą. — Odsuń mi się stąd! Już! Ja to prałam!
— Ty pierzesz co dwa dni — zauważył, kiedy już przestawiła go obok siebie. Stali teraz w pełnym słońcu między dwoma rzędami pościeli.
Nellie właśnie zamierzała przesunąć się kilka kroków dalej, kiedy poczuła się przyłapana na gorącym uczynku. Maud też ostatnio wypomniała jej, że za często i za dużo sprzątała, ale ją wyśmiała. Od tego w końcu tu była.
— Nie ma w tym nic złego. Też byś mógł — palnęła szybko. — Podaj mi kosz. Za tobą.
— Ja robię w kopalni, Nellie — zauważył Jem, zupełnie niezrażony. Brud był naturalną częścią jego życia. Jego ojciec był brudny, w domu też bywało brudno, kiedy mama nie nadążała za piątką dzieci, więc i on bywał brudny. — Jak kiedyś zmienię robotę, na przyjemną fabrykę powiedzmy, to, przy dobrych wiatrach, w trzy lata później się domyję.
Udobruchana, posłała mu przelotne spojrzenie. W jasnych włosach tuż nad czołem, miał ciemny ślad po jakimś smarze wymieszanym z pyłem z kopalni. Dłonie, w których ściskał uszy plecionego koszyka z mokrym praniem, całe były poranione i podrapane, a piach i ziemia powbijały się pod skórę i paznokcie. Może jednak wolała go takiego brudnego, przynajmniej było widać, że coś w życiu robił.
— Byłeś dziś w kopalni, czy dopiero idziesz?
— Od szósty — odparł Jem, dreptając za Nellie z koszykiem, kiedy przesuwała się wzdłuż sznurka. — Puścili nas wcześniej, bo taki sakrucki gorąc, że nie szło robić. Drugiej szychty dziś nie ma, Smokeyowi się uda. Już poleciał do Maud, stary cap jeden.
Nellie uświadomiła sobie, że rzeczywiście, przecież kiedy wychodziła z hotelu, zegar w pokoju dziennym wybił południe. Normalnie Jem nie wyszedłby spod ziemi przed drugą.
— Pewnie pocałuje klamkę, siedziała wczoraj do nocy w saloonie.
— Ty też?
— Ja? Z samą Maud? Daj spokój — roześmiała się Nellie. — Poszłam wieczorem do Stelli Campbell po wykrój na bluzkę. Jak wracałam, Maud akurat wychodziła na miasto i już była wstawiona. Za dobrze ją znam, żeby sobie wmawiać, że szła na spacer, a potem grzecznie wróciła i przed północą poszła spać — podsumowała z dezaprobatą.
Przyjaźniły się, owszem, ale to nie znaczyło, że zamierzała przymykać oko na poczynania Maud, która, odkąd poznała w zeszłym roku Smokeya, ciągle powtarzała, że dla niego zmieni wszystko, a póki co wymieniała tylko puste butelki whiskey na pełne. Nie żeby Nellie była święta — sama miała w szafie, za walizką, z którą przyjechała do Tonopah, awaryjny schowek i ostatnio coraz częściej do niego sięgała, ale… A zresztą, kim ona była, żeby kogokolwiek oceniać.
— Co tam u was? — zapytał Jem, kiedy Nellie wzięła się już za zapełnianie trzeciego sznurka.
— U nas? — powtórzyła, machinalnie sięgając do koszyka po pranie, a potem do kieszeni swojego fartucha po klamerkę. — Wszystko dobrze. — Wzruszyła ramionami. Nie wiedziała, co miała mu powiedzieć. Poczuła nagły przypływ pretensji: u was, zapytał. Nie u niej, ale i u Kate. — Frank dziś przyjechał.
— I co?
— Miał pretensje, że drzwi były zamknięte o piątej rano. Nie uprzedził, że przyjeżdża, a nawet gdyby uprzedził, to nie czekałabym całą noc z kluczami pod poduszką, żeby natychmiast otworzyć panu i władcy, bo łaskawie się zjawił. Wściekł i na mnie, i na Kate, a ona już zdążyła się ucieszyć, że wrócił. Teraz śpi — wyjaśniła, starając się nie dać ponieść emocjom i, choć zdawało jej się, że nie powinna tak o wszystkim bezmyślnie paplać, to z drugiej strony nie paplała byle komu. Ufała, że Jem, skoro już raz obiecał nigdy niczego nie powtórzyć, słowa zamierzał dotrzymać. W tej chwili wiedział o Morganach nawet więcej od Maud, tym bardziej liczyła na jego prawdomówność. — Dupek z tego Franka — dodała i oboje parsknęli śmiechem. — A ty tu tylko tak o, czy gdzieś się wybierasz?
— Na pocztę i do bursy — odparł Jem i, puszczając jedną ręką prawie pusty już kosz, drugą wysunął z kiszeni na piersiach koszuli niezaklejoną, przybrudzoną i pomiętą kopertę. — Ted mi wczoraj napisał. Popatrz, czy głupot nie nastulał, bo już był napity jak do tego siadał i jeszcze Pat się wiercił, mu plecami za stół robił.
— Pierwszy list do domu? — Nellie przebiegła wzrokiem po krzywych linijkach. Jem pisał, że wszystko było u niego w porządku, głodny nie chodzi i deszcz nie lał mu się na głowę. O sobie ledwo dwa zdania, potem pytał tylko co w domu. Przesyłał też pieniądze, które pewnie dopiero zamierzał włożyć do koperty, i trzy razy podkreślał, że najmłodsza z sióstr ma za nie zostać wysłana do szkoły. Nellie aż się nad tymi słowami rozczuliła. — Jeśli nie przeszkadza ci, że poprzestawiał kilka liter i strasznie nabazgrolił, to wszystko w porządku. Mogłeś napisać, że ja też pozdrawiam, nie tylko Smokey, Ted i Pat — zaśmiała się, oddając mu list.
— To na następny raz. Mama się ucieszy ze Smokeya, kawał czasu już przeszedł, jak go nie widziała. Spał u nas zawsze pod stołem, jak za dużo wypił. Jak tam zleciał, to do rana zostawał.
— Trochę tak niewygodnie, pod stołem — zauważyła Nellie, rozwieszając na sznurku ostatnią sztukę pościeli.
— Nóg sie trzymał, jak go kto próbował wyciągać i gadał, że mu tak dobrze, tośmy nie ruszali. Ollie i Blaine się tylko bały, jak zaczynał chrapać.
Nellie roześmiała się, bo oczyma wyobraźni już ujrzała tę scenę. Wzięła od Jema pusty już koszyk i wrzuciła na jego dno kilka klamerek, które jej zostały.
— To dobrze, że wysyłasz Ollie do szkoły. Boisz się, że jak im nie przypomnisz, to tego nie dopilnują? — zapytała, nie mogąc powstrzymać ciekawości.
Jem wzruszył ramionami.
— Pieniądze to się u nas ani taty, ani mamy nie trzymały. Raz by jej nic nie dało. Jak trzy razy to samo zobaczy, to może do niej dotrze. — Wzruszył ramionami.
Z zachodu przyszedł lekki podmuch wiatru, który prawie niezauważalnie poruszył świeżo rozwieszonym praniem. Prawie w tej samej chwili okno na piętrze hotelu rozwarło się z taką siłą, że drewniane framugi z hukiem rąbnęły o ściany.
— Nellie! — zawołał mocny, zachrypnięty męski głos. Z tego okna nie było widać drugiego końca sznurów, gdzie Nellie rzuciła Jemowi przestraszone spojrzenie, kazała siedzieć cicho i, przekradłszy się między wiszącą pościelą, pokazała się na wezwanie.
— Pranie rozwieszałam! — zawołała, zadzierając głowę do góry i mrużąc oczy w ostrym słońcu.
— Nie denerwuj mnie! — odpowiedział głos. — Chodź no tu — padło polecenie, a po chwili okno zostało zamknięte prawie z takim samym hukiem, z jakim je otworzono.
Nellie wymamrotała coś pod nosem, tupnęła nogą ze złością, kurząc sobie przy tym buty i odwróciła się w stronę Jema tylko po to, by gestami pokazać mu, żeby już sobie poszedł i nie rzucał się w oczy. Zaraz potem pognała do hotelu i tyle ją widział.

***

Zgodnie z planem, Jem poszedł najpierw na pocztę, gdzie nadał swój pierwszy list z Tonopah do domu i w chwili, w której oddał go młodej dziewczynie, oglądającej świat przez ledwo trzymające się na końcu nosa, grube okulary, zdjęła go jakaś dziwna tęsknota — natychmiast poznał to uczucie, bo jeszcze niedawno miał tak prawie codziennie. Im więcej siedział w kopalni, tym częściej i na dłużej o nim zapominał, ale nagle poczuł, że chciałby mieć odpowiedź już, teraz, natychmiast. Wiedział, że za dwa, trzy tygodnie zacznie go kusić, żeby chodzić na pocztę codziennie i sprawdzać, czy coś nie przyszło z powrotem, a w międzyczasie jak głupi będzie sobie wyobrażał, co przyjdzie. Co u mamy, co u sióstr, nawet co u ryczącego w swojej rozwalającej się po drugiej stronie ulicy chałupie Szuflady Adamsona.
Pozostając daleko myślami, zaszedł do, jak zwykle o tej porze, niemiłosiernie zatłoczonej bursy Stimlera, gdzie spotkał parę znajomych, brudnych twarzy z Belmont i zamiar był taki, że przy jedzeniu pogadają trochę i pośmieją się i jakoś zrobi się dzięki temu weselej, ale w ogóle się nie zrobiło. Nie zjadłszy prawie nic, Jem nie dał wyciągnąć się w środku dnia do saloonu i poszedł sam powłóczyć się po tętniącym życiem mieście.
Przechodził właśnie, wpatrzony w suchą ziemię pod nogami, obok sklepu żelaznego Benneta, kiedy znajomy mu już głos odezwał się głośno po drugiej stronie ulicy, a okienne framugi zdawały się znowu gdzieś rąbnąć o ścianę:
— Lyman, co ciebie ostatnio nigdzie nie widać?
Mężczyzna nazwany Lymanem roześmiał się radośnie i odwrócił w stronę starego druha w tej samej chwili, w której Jem zatrzymał się i popatrzył w ich stronę.
— Mnie nie widać? A ciebie gdzie diabli noszą, jak na tyłku nie siedzisz?
Przez chwilę porażony i sparaliżowany, Jem otrząsnął się szybko i, rzuciwszy okiem w obie strony, pośpiesznie przeszedł przez ulicę, gdzie dwaj porządnie ubrani i schludnie ogoleni panowie zatrzymali się pod masywnym budynkiem Nye County Bank. On również się zatrzymał, kawałek dalej, postępując pół kroku w boczną uliczkę.
Mężczyźni rozmawiali dalej. Wokół panował ciągły ruch, więc żaden z nich nie zniżył głosu i Jem doskonale ich słyszał, ale nawet gdyby tuż obok wyły silniki stu nowiutkich automobili albo ktoś puścił stado świeżo podkutych wyścigowych koni, wciąż docierałaby do niego tylko jeden głos.
— Wieści z Rhyolite? — zapytał Lyman, nonszalanckim ruchem ściągając z głowy ozdobiony rzemieniem kapelusz.
— Zawsze lepsze niż z Tonopah. — Obaj zaśmiali się krótko. — A, z resztą, szkoda gadać…
Jasne, że szkoda gadać, pomyślał Jem i aż się w nim zagotowało. Słuchał dalej, przyglądając się od tyłu wysokiej sylwetce. Był trochę cherlawy, ale wyprostowany i mocno stojący na nogach, z lekko przydługimi, ciemnymi włosami zaczesanymi do tyłu na błyszczącej pomadzie. Porządnie ubrany, odprasowany i czysty, dużo gestykulował i prawie tyle samo się śmiał, ale jego śmiech nigdy nie trwał długo i po jego nagłych wybuchach zapadało parę sekund niezręcznej ciszy.
Nie tego Jem się po nim spodziewał.
Postałby jeszcze i posłuchał dalej, gdyby nie zdał sobie nagle sprawy, że, podsłuchując za rogiem, nie wiadomo kiedy zaczął zaciskać pięści tak mocno, że aż zesztywniały mu wszystkie kostki. Zanim wpadło mu do głowy coś, czego później mógłby żałować, rzucił ostatnie spojrzenie na okryte jasną kamizelką plecy Franka Morgana i zniknął w bocznej uliczce, odszedłszy do swojego obozu.