1 grudnia 2017

Część czternasta


— Dinah? Co z nią? — zapytał natychmiast Jem, a Nellie w odpowiedzi tylko potrząsnęła głową. — Coś z mamą? Blaine, Opal? — pytał Jem, który jeszcze nie do końca rozumiał. — Ollie? — Ta myśl przyszła mu na końcu, bo najbardziej się jej obawiał.
Spróbowała podać mu list i pokazać, w którym miejscu przekazywano najgorsze wieści, ale odepchnął jej wyciągniętą dłoń, jakby w ten sposób mógł cokolwiek zmienić. Nellie zajrzała jeszcze raz pomiędzy koślawe wersy.
— Szkarlatyna. W połowie września — dodała ze ściśniętym gardłem.
Jeszcze nigdy nie musiała przekazywać takich wieści. Do tej pory tylko je otrzymywała. Zupełnie nie wiedziała, co powinna powiedzieć i żadne słowa nie wydawały się jej teraz właściwe.
Podniosła wzrok, a Jem wciąż patrzył na nią oczyma pełnymi niezrozumienia i niedowierzania, jakby wciąż oczekiwał dosadniejszego potwierdzenia, choć do listu bał się zaglądać, bo wtedy nie zostałoby już nic.
— Tak bardzo mi przykro… — zaczęła Nellie.
Umilkła, kiedy powoli podniósł się z miejsca i odszedł od niej kilka kroków, zatrzymując się za otwartymi na oścież drzwiami do pokoju dziennego. Ramieniem oparł się o ścianę i przez chwilę przestraszyła się, że zaraz jej się tu przewróci. Już chciała wstać za nim, kiedy usłyszała, że z trudem powstrzymywał płacz.
Ją też dusiły łzy, ale powstrzymywała się z całych sił, by jeszcze bardziej nie jątrzyć jego cierpienia. Siedziała więc cicho na schodach, co chwila tylko ocierając rękawem oczy i nos. List złożyła i położyła o stopień wyżej, nie chcąc na niego patrzeć ani chwilę dłużej.
Jem przez chwilę próbował walczyć sam ze sobą, ale po chwili gorące łzy płynęły same i nie dało się ich powstrzymać, ręce zaczęły się trząść, a nogi odmówiły posłuszeństwa. Osunął się po ścianie na podłogę, rękami objął kolana i ukrył w nich twarz.
Nellie, niezdolna już dłużej bezczynnie patrzeć, rzuciła się do niego. Choć w Jemie zadrżały pomieszane uczucia — chciał, żeby zostawiła go samego i jednocześnie bał się zostawać sam — nie protestował, kiedy przyciągnęła jego głowę do swojej piersi. Złożył posłusznie twarz ponad jej mocno bijącym sercem, a potem rozpłakał się jak człowiek, któremu wszystko odebrano i który nic już więcej nie miał do stracenia.
W jednej chwili znienawidził wszystko. Hotel, kopalnię, stację, pocztę, obóz i całe to miasto. Nie tu było jego miejsce. Nie tu powinien być. Wyjechał z domu, myśląc tylko o sobie, głupio sądząc, że dobrze robił, jeszcze głupiej powtarzając, że tak będzie lepiej. Nigdy nie powinien wyjeżdżać. Gdyby tam był, wtedy jak zawsze wszystko wziąłby na siebie i wszystko uratował, przecież potrafił. A teraz, teraz nic nie mógł zrobić.
Szalone myśli przebiegały mu przez głowę, kiedy Nellie pozwalała się wypłakać. Nie płakał, kiedy zabrakło taty. Nie płakał, kiedy mama tygodniami nie chciała wstawać z łóżka. Nie płakał, kiedy został praktycznie sam z czterema siostrami. Ale nie mógł inaczej, nie mógł nie płakać, kiedy Ollie, którą kazał wysłać do szkoły i której nieśmiało zaczynał planować przyszłość, marząc, że im prędzej pojedzie do Kalifornii i zacznie ustawiać tam sobie życie od nowa, tym prędzej będzie mógł sprowadzić przynajmniej ją do siebie. Kto miał się nią zająć i ustrzec od całego zła, jeśli nie starszy brat?
— Wszystko przeze mnie — wyrwał mu się przerywany szlochaniem jęk.
— Nieprawda — zaprzeczyła natychmiast Nellie, obejmując go i przyciągając do siebie jeszcze mocniej. W jej objęciach było coś, czego już dawno od nikogo nie poczuł i nawet nie wiedział, że tak bardzo potrzebował.
Co miał teraz zrobić? W jednej części rwał się do domu — poczucie tęsknoty, o którym zdążył już choć trochę zapomnieć, nagle wzmogło się ogromnie i zaczynało boleć. Tyle że nic mu tam już nie zostało. Nie miał po co wracać.
Nigdzie teraz nie było dla niego miejsca.
Nellie nie miała pojęcia, ile czasu tak spędzili na twardej podłodze. Nie słyszała uderzeń zegara w pokoju dziennym — może miał dość taktu, żeby się zatrzymać. W korytarzu robiło się za to coraz ciemniej i zimniej. Za każdym razem, gdy myślała, że to już, że zaraz będzie lepiej, Jemowi musiała przychodzić do głowy kolejna okrutna myśl i łzy lały się od nowa. Ktoś, kto od dawna nie płakał, musiał mieć ich bardzo dużo.
Nagle Jem poruszył niespokojnie w jej objęciach, zupełnie jakby nagle miał ochotę ją od siebie odrzucić, ale jeszcze nie był zdecydowany.
— Zostań ze mną — powiedziała natychmiast, a słowa te były tak niespodziewane, że świat prawie zatrzymał się na sekundę.
— Co? — zapytał, podnosząc na nią umęczone oczy.
— Zostań ze mną — powtórzyła, odgarniając mu włosy znad czoła. — Tylko na dziś. Nie chcę, żebyś był sam.
Popatrzył na jej zmartwioną twarz i przez myśl od razu przemknęło mu szybkie nie. Miał tego dość. Miał dość tego wszystkiego, choć czego dokładnie — określić nie potrafił. Skończyły mu się już łzy, teraz przyszedł czas na złość.
— Nie — powiedział tak ostro, że Nellie odruchowo zabrała ręce. — Nie, nie, nie — brzmiał jak maniak. — Smokey — rzucił nagle i, chwiejąc się trochę na nogach, zaczął zbierać się z podłogi.
Chciało mu się wyć. Bez łez, na sucho, z bólu.
— Smokey? — powtórzyła Nellie, zrywając się na równe nogi. — Na pewno jest u Maud. Jem, posłuchaj mnie — próbowała przemówić mu do rozumu, ale kompletnie ją zignorował. — Dokąd pójdziesz? — pytała dalej, nie dając za wygraną.
— Do obozu — rzucił i prawie że machnął na nią ręką, jakby chciał się pozbyć natrętnej muchy.
Zupełnie nieprzekonana Nellie patrzyła, jak zdjął ze ściany pęk kluczy i trzęsącymi się dłońmi szukał tego, który otwierał frontowe drzwi. Nie mogła go zatrzymać na siłę, chociaż bardzo chciała. Jeśli wolał być sam albo poszukać Smokeya, musiała na to przystać. Bała się tylko, że mógłby pójść i zrobić coś głupiego.
— Chcesz, żebym poszła z tobą po Smokeya? Zgarniemy go od Maud i pójdzie z tobą do obozu — zaproponowała i, widząc, jak Jem kompletnie nie radził sobie z szukaniem klucza, pomogła mu.
— Chcę stąd iść — powiedział i prawie że popłakał się od nowa.
Czuł, że jeśli zostanie w tym przeklętym miejscu jeszcze choćby chwilę, to na pewno się udusi. Potrzebował wyjść i pójść. Nieważne gdzie, ważne, żeby pójść.
— Dobrze — zgodziła się Nellie i z ciężkim sercem odnalazła właściwy klucz, a potem przekręciła go w zamku i cofnęła się.
Na zewnątrz było już prawie całkiem ciemno.
— Dokąd pójdziesz? — podjęła ostatnią próbę. Chciała, żeby ją zapewnił. Żeby powiedział coś, co pozwoliłoby jej uwierzyć, że nie będzie się włóczył byle gdzie i nie zrobi czegoś głupiego.
Wzruszył ramionami.
— Do obozu…
— Prosto do obozu?
— Boże, Nellie, nie wiem… — W jego głosie zabrzmiała rozpacz.
Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale zamilkła, kiedy Jem stanowczo złapał za klamkę. W tej samej chwili po drugiej stronie za swoją klamkę chwyciła niczego nieświadoma Kate Morgan, wracająca w wyjątkowo dobrym nastroju z miasta. Zbliżając się do hotelu, zdziwiła się, czemu wszystkie światła były pogaszone, ale zaraz potem uznała, że Nellie pewnie skończyła sprzątać i zamknęła się w swoim pokoju.
Wpadli na siebie w progu. Kate w swojej białej sukience, z długimi, jasnymi włosami, których upięcia  stanowczo odmawiała, wyglądała przy Jemie tak, jakby przyniosła ze sobą jakieś dziwne światło. Oboje zatrzymali się i wymienili stanowczo za długie spojrzenia. Patrzyli na siebie przez krótką chwilę, która wydawała się wiecznością, a potem Jem odwrócił wzrok i odszedł bez słowa.
Nellie, wciąż beznadziejnie ściskająca z dłoni pęk kluczy, jedną ręką objęła się za brzuch, a drugą podniosła do  twarzy, żeby potrzeć zaczerwienione oczy. Dlaczego wszystko musiało się walić, kiedy wydawało się, że wreszcie, pierwszy raz od bardzo dawna, wszystko będzie dobrze?
Klucze z hukiem upadły na podłogę.
Kate, niczym nie zaskoczona, podeszła do Nellie. Objęła ją tak mocno, jak tylko potrafiła.
— Och, kochanie… — westchnęła cicho.